365 Obserwatorzy
122 Obserwuję

Agnieszka Żak

Autorka zbioru opowiadań "Karaluch w uchu", blogerka: https://agnieszkazak.com

Teraz czytam

Problem trzech cial
Cixin Liu, Andrzej Jankowski
Książka. Najpotężniejszy przedmiot naszych czasów zbadany od deski do deski
Keith Houston, Paweł Lipszyc
Kosmiczny poradnik zycia na Ziemi
Chris Hadfield
Przeczytane:: 16 %
Teoretyczne minimum Co musisz wiedziec, zeby zaczac zajmowac sie fizyka
Hrabovsky George Susskind Leonard
Przeczytane:: 13 %
A Game of Thrones (A Song of Ice and Fire #1)
Przeczytane:: 2 %
Robótki ręczne
Cheryl, Rich Tennant, Trisha Malcolm, Pam Allen
Przeczytane:: 220/424 stron

Karaluch w uchu

We wrześniu 2014 opublikowałam swoją pierwszą e-książkę - jest to zbiór opowiadań fantastycznych "Karaluch w uchu". Serdecznie zapraszam do zapoznania się ze szczegółami i fragmentami, a jeśli Ci się spodoba - do kupna. :)

 

Pamiętaj regularnie myć uszy. Ale nie za pomocą patyczków higienicznych. Używałam ich całe życie i raz zrobił mi się od tego czop z woskowiny. Nic nie słyszałam na jedno ucho. Usuwanie czopa co prawda nie jest zabiegiem bolesnym, ale co najmniej dziwacznym. W każdym razie dbaj o uszy, bo w brudnych lęgną się karaluchy. I ciężej usłyszeć skradającego się demona, który pragnie pożreć twoją duszę.

 

Karaluch w uchu” to zbiór sześciu opowiadań o tym, co niezwykłe i groźne, ukryte tuż pod twoim nosem. Strać czujność choć na chwilę, a cię dopadnie.

 

Serwis RW2010 napisał o zbiorze tak:

 

Z cyklu: Perły polskiego self-publishingu dziś prezentujemy premierę szczególną. Zbiór opowiadań Agnieszki Żak „Karaluch w uchu”. Naszym zdaniem gdyby polski S-P prezentował taki poziom, jak zbiór Agnieszki, to byłby to spory problem. Dla wydawców tradycyjnych i równie tradycyjnych malkontentów. :)

Zbiorek można kupić w formacie Mobi/ePub/PDF/inne, a także pobrać darmowe fragmenty w następujących księgarniach:

 

Virtualo  –  Smashwords  –  RW2010  –  Apple iBooks

Wydaje.pl  –  Barnes&Noble (Nook)  –  Oyster  –   Scribd

 

„Kalaruch” będzie stopniowo wpełzał do innych księgarni.

 

Spis treści:
Karaluch w uchu
Zmęczenie
Miejskie potwory
Lwy morskie
Strachy z dzieciństwa
My rotten Valentine

 

Opowiadanie „My rotten Valentine” można w całości pobrać za darmo.

 

Opowiadanie „Zmęczenie” ukazało się w 26 numerze czasopisma internetowego QFANT i można je przeczytać również za darmo.

 

Fragment opowiadania „Karaluch w uchu”:

 

Rzeźnik stanął w progu pomieszczenia i wstrzymał oddech. Na podłodze siedział starszy mężczyzna przykuty do sterczącej ze ściany, obdrapanej rury. Głowę opierał miękko na piersi – ogólnie robił wrażenie rozmiękczonego, bezładnie rzuconego w kąt. W powietrzu unosił się kwaśny zapach moczu; najwyraźniej człowiek ten siedział tu zbyt długo. Rzeźnik przeraził się, że za chwilę skończy tak samo. Skurczył się, wciskając głowę w ramiona, spodziewając się odbierającego przytomność ciosu zza pleców. Nie wiedział tylko, za co miałaby go spotkać taka kara. Był dobrym lekarzem, dawał z siebie wszystko i powszechnie ceniono jego usługi, głównie dzięki umiejętności niezadawania głupich pytań w rodzaju „kto cię postrzelił?”. Robił, co do niego należało, osiągając całkiem niezłe wyniki, choć oczywiście nazywali go Rzeźnikiem nie bez powodu. Szybko dokonał w myślach przeglądu kilku ostatnio wykonanych zabiegów. Nie wydawało mu się, żeby któryś zbytnio spierdolił. Nie na tyle, żeby teraz skończyć przykuty do kaloryfera, pływający we własnych sikach.

 

Atak nie następował, a dziewczyna, za którą tu przyszedł, pociągnęła go nieśmiało za rękaw.

 

– No, to on, panie doktorze.

 

Rzeźnik rozluźnił się. Więc ten śmierdzący dziad miał być jego pacjentem? Nie zaszkodziłoby spytać, czemu jest skuty, jednak – jak już wiadomo – Rzeźnik zdobył sobie renomę właśnie poprzez niezadawanie tego typu pytań.

 

Podszedł bliżej więźnia i spojrzał pytająco na dziewczynę. Gdy podchwyciła jego wzrok, od razu zrozumiał, że popełnił błąd. Wołali na nią Ruda, ale nie przez kolor włosów. Otaczające jej głowę, żyjące własnym życiem włosy – Rzeźnik miał wrażenie, że coś w nich pełzało – wyglądały, jakby kiedyś bardzo chciały być rude, kręcone i ładne, ostatecznie jednak poddały się nieugiętemu prawu ponurej rzeczywistości, przybierając barwę rozczarowania i żałoby po miedzianym odcieniu. Za to oczy… Oczy tej dziewczyny były ciepłe i brązowe; tak ciepłe i brązowe, że aż wydawały się czerwone, zwłaszcza na krawędziach, gdzie tęczówka stykała się z białkiem. Ludzie uważali ją za czarownicę, topielicę albo córkę topielicy – w zależności od tego, jaką plotkę usłyszeli. Ale Ruda przyszła do Rzeźnika z pieniędzmi, co prawda pomiętymi, zawilgotniałymi i – mężczyzna mógłby przysiąc – zabrudzonymi kropelkami krwi, ale wciąż pieniędzmi. A prawdziwy lekarz nigdy nie odmawia potrzebującemu. Czy coś takiego.

 

W oczy Rudej starał się jednak nie patrzeć, bo choć przesądny raczej nie był, to czuł, że krew zamarzała mu w żyłach od tego spojrzenia.

 

– Więc co z nim? – zapytał.

 

– Niech mu pan doktor tego robaka wyjmie z ucha. – Ruda wydawała się onieśmielona.

 

– Karalucha! – krzyknął ktoś, zbiegając głośno ze schodów.

 

Po chwili Rzeźnik zobaczył gówniarza Hrabiny – kobiety, która raz na jakiś czas wpadała do jego domu, sprzątała, gotowała coś dobrego i zaciągała go do łóżka, a jej dzieciak czekał na ulicy i rzucał kamieniami w okna sypialni, nie pozwalając się Rzeźnikowi skupić. Lekarz był zadowolony z takiego układu, bo czasem wypadało wysterylizować szarą piwnicę, robiącą za salę operacyjną. Dobrze było też przytulić się do obwisłego cycka i pozwolić, by Hrabina delikatnie przeczesywała palcami jego rzednące włosy. Ale mężczyzna nie chciał mieć Hrabiny w domu na stałe, bo baby to same kłopoty, zwłaszcza w interesach przeszkadzają. Choć czasem kusiła go myśl o własnej pielęgniarce, takiej, co to ociera pot z czoła chusteczką, gdy on kroi jakiegoś nieszczęśnika. Zawsze jednak po góra dwóch dniach wspólnego życia Rzeźnik wyganiał Hrabinę, przypominając sobie, że razem z nią do jego domu przywlekłaby się najgorsza zaraza w postaci jej bachora.

 

– A ten czego tu?

 

– Nie wiem czego, podobno mu coś mówi. Znaczy, ten karaluch – doprecyzowała Ruda, zanim zdała sobie sprawę, że mężczyzna zapytał o chłopca.

 

– No ale co ja mam z nim zrobić?

 

– Wyjąć z ucha.

 

– E, kiedy ja nie takimi rzeczami się zajmuję, ja to raczej – odchrząknął – większy kaliber robię. To jakaś drobnica jest, grzebać trzeba strasznie. Ja nie jestem… ten, no… ortopeda żaden. Ja się nie znam na grzebaniu w uchu albo w nosie. W zębach to jeszcze, zęba łatwo wyrwać. Ja to chirurg jestem, rozumiesz. Zresztą ręce mnie się trzęsą, gdzie ja tu bez precyzji będę grzebać, ogłuszę go.

 

Ruda od razu zrozumiała aluzję i poleciała po flaszkę.

 

– Ruda, Ruda! – wydarł się chłopak. – A taki ortopeda to co robi?

 

– Ptaki bada – odpowiedziała dziewczyna z powagą.

 

Mały roześmiał się.

 

– Jakie ptaki?! Uszy! – wydarł się Rzeźnik, pociągając z butelki śmierdzącego bimbru. Wykręciło mu twarz już od samego zapachu, a jeszcze gorzej od smaku. – Każde dobre lekarstwo potrzebuje chwili, zanim zacznie porządnie działać. W międzyczasie ten, no, wywiad zbiorę. Więc o co z tym karaluchem chodzi?

 

Ruda westchnęła przeciągle.

 

***