365 Obserwatorzy
122 Obserwuję
agzak

Agnieszka Żak

Autorka zbioru opowiadań "Karaluch w uchu", blogerka: https://agnieszkazak.com

Teraz czytam

Wszystkie strony świata
Ursula K. Le Guin
Kosmiczny poradnik zycia na Ziemi
Chris Hadfield
Przeczytane:: 16 %
Teoretyczne minimum Co musisz wiedziec, zeby zaczac zajmowac sie fizyka
Hrabovsky George Susskind Leonard
Przeczytane:: 13 %
A Game of Thrones (A Song of Ice and Fire #1)
Przeczytane:: 2 %
Robótki ręczne
Cheryl, Rich Tennant, Trisha Malcolm, Pam Allen
Przeczytane:: 220/424 stron

Nie moja magia

Amerykańscy bogowie - Neil Gaiman, Paulina Braitner

Jest taka książka Marka S. Huberatha "Gniazdo światów". Książka, która frustruje mnie w niepomierny wręcz sposób – bo tak genialna jest jej idea, pomysł na tę książkę, tak niesamowite zakończenie. Ależ cóż z tego, gdy napisana jest w sposób, który głęboko mnie odrzuca. Dopóki nie nastąpił wielki twist, nudziłam się niesamowicie i irytowałam dziwnym światem przedstawionym. Z perspektywy ukończonej lektury wiem, że taki a nie inny obraz miał sens, nie zmienia to jednak faktu, że bardzo bym chciała, by ta książka była inaczej napisana. Może gdyby była, na koniec czytania podjęłabym inną decyzję… 

 

Ciężko mi cokolwiek o "Gnieździe światów" powiedzieć, bo mam wrażenie, że najmniejsza choćby próba wyjaśnienia, co do tej książki czuję, będzie niewyobrażalnym spoilerem. Ale chodzi mi tylko o podkreślenie pewnego rodzaju sytuacji – gdy chciałabym się książką zachwycić, tak bardzo chciałabym ją pokochać, ale zwyczajnie nie umiem. Wiem, że jest dobra, doceniam jej poszczególne elementy, ale nie potrafię poczuć magii.

 

Dokładnie tak mam z "Amerykańskimi bogami". Parę osób poleciło mi tę książkę i zasiadając do czytania miałam nadzieję zetknąć się z kultowym dziełem, które mnie odmieni. Nic takiego się nie wydarzyło.

 

W "Amerykańskich bogach" najbardziej podoba mi się idea. Rozliczni bogowie, sprowadzani przez swoich wyznawców na nowy kontynent, nie mogą znaleźć sobie miejsca w kraju niesprzyjającym bóstwom. Trwa odwieczny konflikt między nowym a starym, między istotami z mitologii nordyckich, celtyckich, afrykańskich a współczesnymi bożkami telewizji, Internetu i postępu. W zasadzie bardziej od głównej fabuły wolałam wstawki dotyczące właśnie ściągania bogów do Ameryki. Doceniam też konstrukcję fabuły, plan Wednesdaya, jak wszystko w tej książce ma sens. Bo to jest dobra książka, bardzo dobra.

 

Ale nie potrafię jej lubić. Głównie dlatego, że nie potrafię się przejąć. Tak absolutnie nic, co tu się dzieje, mnie nie obchodzi. Nie potrafię polubić postaci, nie interesują mnie ich losy. Był taki moment, gdy nagle serce mocniej mi zabiło, gdy myślałam, że wydarzyło się coś, co w końcu wzbudziło we mnie jakieś uczucia, ale okazała się to być zmyłka.

 

 

Sposób, w jaki ta książka jest napisana… to po prostu nie jest mój typ narracji i nie jest to niczyja wina. Lubię powieści napisane soczyście, z rozmachem. Lubię językową dłubaninę. To po prostu nie jest styl tej książki. Zamiast tego jest zabawa słowem. Gaiman lubi wszystko przeinaczać, niczego nie mówić wprost. Spoko, fajnie. Na pewno można dobrze się bawić odgadując, jakiego boga autor miał na myśli. Ale dla mnie jest tego zwyczajnie za dużo, w którymś momencie miałam dość. 

 

Umiem tę książkę docenić, rozumiem, skąd wynika zachwyt innych. Ale sama tej magii nie czuję. Znów będę się frustrować.