365 Obserwatorzy
122 Obserwuję
agzak

Agnieszka Żak

Autorka zbioru opowiadań "Karaluch w uchu", blogerka: https://agnieszkazak.com

Teraz czytam

Język miast
Deyan Sudjic, Anna Sak
Kosmiczny poradnik zycia na Ziemi
Chris Hadfield
Przeczytane:: 16 %
Teoretyczne minimum Co musisz wiedziec, zeby zaczac zajmowac sie fizyka
Hrabovsky George Susskind Leonard
Przeczytane:: 13 %
A Game of Thrones (A Song of Ice and Fire #1)
Przeczytane:: 2 %
Robótki ręczne
Cheryl, Rich Tennant, Trisha Malcolm, Pam Allen
Przeczytane:: 220/424 stron

Klasyczna dystopia razy dwa, czyli 233 stopnie Celsjusza i brzydki świat

Opublikowane w 1953 roku 451 stopni Fahrenheita jest wciąż aktualne i nie zestarzało się nawet o dzień, co zresztą stanowi ważny wyznacznik jakości dzieł z gatunku science-fictionzdjęcie-19Choć dystopijna powieść Bradbury’ego kojarzona jest głównie jako „ta książka o paleniu książek”, tak naprawdę jest znacznie szerszym komentarzem dotyczącym kultury, mediów i społeczeństwa. I urzekło mnie, jak realistyczną wizję stworzył autor. Tzn. owszem, nie żyjemy w świecie dokładnie takim, jak to zostało przedstawione, ale pewne mechanizmy wyglądają niepokojąco znajomo.

 

Społeczeństwo w 451 stopniach nie tylko nie czyta – odcięte jest od jakiejkolwiek sztuki wysokiej, skłaniającej do myślenia czy zadawania pytań, przedstawiającej tematy bolesne, smutne, oszałamiające. Zamiast tego karmione jest wesołą, prostą papką w postaci telewizyjnej „rodzinki”, a główną zabawę stanowi pędzenie samochodami po autostradach. To świat czystej rozrywki, wiecznej wesołości, ale także złudnego poczucia bezpieczeństwa i zaniku więzi międzyludzkich. Ogłupieni ludzie, zwolnieni z podejmowania jakichkolwiek trudnych decyzji i snucia poważnych rozważań, odgradzani od trudów życia, powinni być szczęśliwi, a mimo to Mildred – wielka orędowniczka bezmyślnej „rodzinki” – przedawkuje tabletki nasenne, potem uparcie przekonując, że nigdy nie zrobiłaby tego celowo. Ale takie przedawkowania okazują się rzeczą powszechną, specjalne zespoły zajmują się „oczyszczaniem wnętrzności” niedoszłych samobójców. Najważniejsza w książce jest jednak przemiana głównego bohatera, Guya Montaga. To strażak, który zamiast gasić pożary zajmuje się paleniem książek. Z początku robi to z przyjemnością, ale rozmowy z nową sąsiadką i traumatyczne wydarzenia sprawią, że zacznie robić najgorszą z możliwych w nowym społeczeństwie rzeczy – zacznie zastanawiać się i zadawać pytania. Zechce czytać książki i je zapamiętywać, choć nie jest to łatwe – ukazuje to piękna scena w pociągu, gdzie Montag stara się powtarzać ustęp z Biblii, jednak natrętna reklama nie pozwala mu się skupić i wkręca w myśli. Montag wielokrotnie powtórzy, że nie rozumie tego co czyta, nie rozumie tego co czuje, ale to właśnie jego niepewność, ciekawość i poszukiwanie odpowiedzi są pożądanym stanem umysłu, nawet jeśli prowadzą do ogólnego poczucia nieszczęścia. Montag wyraźnie odstaje od reszty społeczeństwa, zaczyna się wyróżniać z tłumu, mówiąc podejrzane rzeczy i nie chcąc więcej brać udziału w tradycyjnych rozrywkach dystopijnego świata.

 

Powieść gloryfikuje więc dążenie do wiedzy, którą reprezentują oczywiście książki, i pokazuje, jak puste i bezsensowne staje się nasze życie, gdy ta zanika, ale dla mnie co innego stanowi o największej wartości tego dzieła. Chodzi o przedstawienie mechanizmów, w jakie technologie i media zmieniają sposób, w jaki spędzamy wolny czas, uczymy się, wchodzimy w relacje z innymi. 451 stopni powstało w ’53, a doskonale pokazuje, jak dziś nasza uwaga rozpraszana jest przez Internet i telewizję, jak nie potrafimy rozstać się z komputerami i smartphone’ami, jak coraz trudniej nam się wyciszyć, uspokoić, skupić na pojedynczym, prostym doznaniu. Pokazuje, jak natrętna reklama i wszechobecne wizualne czy dźwiękowe fajerwerki mają wywołać nasze zainteresowanie. Pokazuje, jak przedkładamy prostą, niewymagającą myślenia rozrywkę nad trudniejszą sztukę. Może dziś książki nie są zagrożone zakazem posiadania i czytania, ale też ich poziom potrafi być zaskakująco niski – napisane słabym językiem, oparte głównie na dialogach, ze szczątkową fabułą i papierowymi postaciami przyczyniają się do ogłupiania społeczeństwa…

 

Na szczęście nie jest jeszcze tak źle jak u Bradbury’ego, ale lepiej, żebyśmy mieli się na baczności, bo w powieści zakaz czytania książek nie pojawił się z dnia na dzień. Kryzys narastał stopniowo. Pozwolę sobie przytoczyć obszerny fragment z wypowiedzi szefa straży pożarnej, kapitana Beatty:

– Pytasz, kiedy to się wszystko zaczęło, ta nasza praca, jak do tego doszło, gdzie, w jakim czasie? Dobra, więc powiem, że właściwie zaczęło się to w okresie tak zwanej wojny domowej. Nawet jeśli nasz regulamin twierdzi, że straż założono wcześniej. Faktem jest, że nie rozwijaliśmy się właściwie, póki fotografia nie osiągnęła właściwego poziomu. Potem… film w początkach dwudziestego stulecia. Radio. Telewizja. Wszystko zaczęło przybierać skalę masową.

[…]

Ponieważ wszystko było masowe, stało się prostsze. Niegdyś książki zwracały się do niewielu ludzi, rozproszonych tu i ówdzie. Mogły sobie pozwolić na odrębność. Świat był obszerny. Ale potem świat stał się pełen oczu, łokci i ust. Podwójny, potrójny, poczwórny wzrost zaludnienia. Filmy, audycje radiowe i czasopisma zniżyły się w pewnym sensie do poziomu jakiegoś normatywu na proszek puddingowy, rozumiesz mnie?

[…]

Wyobraź sobie, że wyświetlasz film. Człowiek dziewiętnastego stulecia ze swoimi końmi, psami, powozami, powolnym tempem. Potem w dwudziestym stuleciu nastaw aparat na szybsze tempo. Książki się skraca. Streszczenia. Wybory. Sensacyjne dzienniki. Wszystko skondensowane w dowcipie, wszystko zmierza do błyskawicznego zakończenia. […] Klasyków obcina się, by ich dopasować do piętnastominutowych audycji radiowych, następnie obcina dalej, by tekst zmieścił się na szpalcie, której przeczytanie zajmuje dwie minuty, a wreszcie wyciska się do dziesięcio- czy dwudziestowierszowego streszczenia w słowniku. Przesadzam oczywiście. Słowniki były dla informacji. Ale istniało wielu ludzi, których jedyna wiedza o Hamlecie […] ograniczała się do jednostronicowego streszczenia w książce: „Teraz nareszcie możecie czytać przeczytać wszystkich klasyków i utrzymać się na równym poziomie z waszymi sąsiadami” Rozumiesz? Z pokoju dziecinnego do uniwersytetu i z powrotem do pokoju dziecinnego, oto nasz intelektualny schemat przez pięć stuleci czy nawet więcej.

[…]

Puść teraz nasz film, Montag, jeszcze szybciej. Trzask prask, pif paf, buch bach, szach mat, wyjdź, wejdź, czego jak, gdzie, co, eh? Uch! Buch! Bij! Pierz! Bierz! Wiej! Lej! Bim, bam, bum! Streszczenia streszczeń, streszczenia streszczeń streszczeń. Polityka? Jedna szpalta, dwa zdania, tytuł! Nagle wszystko znika! Obracaj umysł człowieka tak szybko wśród wirujących rąk redaktorów, eksploatatorów, radiowców, że centryfuga odrzuca wszelką niepotrzebną, zajmującą czas myśl!

[…]

Czas nauki skrócono, programy zredukowano, zarzucono filozofię, historię i języki, angielski i ortografię stopniowo lekceważono coraz bardziej, aż wreszcie prawie kompletnie zignorowano. Wzrasta tempo życia, liczy się posada, po pracy rozrywka. Po co uczyć się czegokolwiek poza naciskaniem guzików, przekręcaniem kontaktów, dociskaniem śrubek i nakrętek?

[…]

Opróżnij teatry pozostawiając tylko klaunów i wstaw do pokojów szklane ściany, po których migają piękne barwy confetti czy krew, czy, powiedzmy, wiśniak lub wino.

[…]

Więcej sportu dla każdego, więcej zespołowego ducha, radości, a człowiek nie potrzebuje myśleć, co? Organizuj więc i super-organizuj super-super-sporty. Więcej rysunków w książkach. Więcej ilustracji. Umysł chłonie coraz mniej i mniej. Niecierpliwość. Autostrady pełne tłumów pędzących dokądś i nigdzie.

[…]

Weźmy teraz mniejszości w naszej cywilizacji. Im gęściejsze zaludnienie, tym więcej mniejszości. Uważaj, żebyś nie dotknął czymś sympatyków psów, sympatyków kotów, doktorów, adwokatów, kupców, dyrektorów, mormonów, baptystów, unitarystów, potomków Chińczyków, Szwedów, Włochów, Niemców, teksańczyków, brooklińczyków, Irlandczyków, mieszkańców Oregonu czy Meksyku. Ludzie w danej książce, sztuce czy programie telewizyjnym nie reprezentują jakichkolwiek rzeczywistych malarzy, kartografów, mechaników i tym podobnie. Im większy jest twój rynek, Montag, tym mniej możesz się zajmować sprawami dyskusyjnymi, pamiętaj o tym!Wszystkie te drobne mniejszości mniejszości, na które trzeba uważać. Autorzy pełni złych myśli, zatrzaśnijcie swe maszyny do pisania! Autorzy zrobili to. Czasopisma stały się przyjemną mieszanką waniliowej tapioki. Książki, jak mówili ci cholerni snobistyczni krytycy, były jak brudne mydliny. Nic dziwnego, że nikt nie chce kupować książek – mówili krytycy. Lecz publiczność, wiedząc, czego jej potrzeba, wybierając szczęśliwie, pozwoliła przeżyć tylko książkom z komiksami. I trójwymiarowym czasopismom pornograficznym, oczywiście. I to byłoby wszystko, Montag. To nie przyszło od rządu. Początkowo nie było żadnego nakazu, deklaracji, cenzury. Nie! Technologia, eksploatacja masowa i nacisk na mniejszości załatwiły całą sprawę. Bogu dzięki. Dziś dzięki nim możemy być szczęśliwi przez cały czas, wolno człowiekowi czytać komiksy czy pisma fachowe.

[…]

Wszyscy nie rodzą się wolni i równi, jak Konstytucja powiada, lecz każdego trzeba uczynić równym. Każdy człowiek – wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachem i porównywać z nimi.  Tak! Książka to naładowana broń w sąsiednim domu. Spal ją. Rozładuj broń. Rozbij mózg człowieka. Skąd wiadomo, kto mógłby się stać celem oczytanego faceta?

[…]

Musisz zrozumieć, że nasza cywilizacja jest tak rozległa, że nie możemy sobie pozwolić na denerwowanie i niepokojenie mniejszości. Zapytaj samego siebie, czego przede wszystkim pragniemy w naszym kraju? Ludzie chcą być szczęśliwi, prawda? Czy nie słyszałeś tego przez całe życie? Chcę być szczęśliwy, mówią wszyscy. No i czy nie są? Czy nie zapewniamy ich ruchu, nie zapewniamy im rozrywek? Szukamy przyjemności, szukamy podniet. A musisz przyznać, że nasza kultura dostarcza tego w dużych ilościach.

[…]

Nie dawaj im żadnego śliskiego materiału w rodzaju filozofii czy socjologii, by wiązała te fakty. W ten sposób człowiek osiąga tylko melancholię. Człowiek, który potrafi rozłożyć na części ścianę telewizyjną i złożyć ją z powrotem, a większość ludzi w dzisiejszych czasach to potrafi, jest szczęśliwszy od tego, który usiłuje obliczyć, zwierzyć i rozwiązać zagadkę wszechświata, bo tego nie da się obliczyć i rozwiązać, człowiek czuje się tylko potem diabelnie przygnębiony i samotny. […] Jak najwięcej wszystkiego , co się łączy z odruchem warunkowym. Jeśli dramat jest zły, jeśli film nie mówi nic, jeśli sztuka jest pusta, zastrzyknij mi wrzask megafonu. Wtedy tylko zdaje mi się, że reaguję na sztukę, choć to tylko fizyczny odruch na wibrację.

Głównym tematem tej książki jest oczywiście cenzura, ale ta, jak tłumaczy Beatty, nie przyszła od rządu. Stała się tylko odpowiedzią na zmieniające się społeczeństwo – pojawiła się niejako dlatego, że zaczęto jej oczekiwać, a potem przestano zwracać na nią uwagę, gdy najważniejsza stała się pogoń za przyjemnościami. I jak pięknie słowa Beatty’ego oddają współczesne spory o cienką granicę między poprawnością polityczną, tolerancją, pochwałą różnorodności i indywidualizmu a prawem do wyrażenia swojej opinii, uzasadnioną krytyką, problemami mniejszości, rasizmem i w końcu przedstawieniem niewygodnych dla pewnych grup faktów. Odwiecznego dylematu, co powiedzieć można, co trzeba, a czego nie wypada na pewno nie pomaga jednak rozwiązać cenzura i całkowita kontrola, która przycina wszystkich do jednego, gotowego, masowego wzorca.

 

Książka jest więc pełna znaczeń, wciąż aktualnych, wciąż odkrywanych i wciąż zachwyca na nowo, świeża i pełna przestróg. Ale przejdźmy w końcu do drugiej części tej notki:

 

Zaraz po 451 stopniach Fahrenheita zabrałam się za Nowy Wspaniały Świat Aldousa Huxleya. I żałuję, bo może gdybym czytała te książki w większym odstępie albo chociaż innej kolejności, odebrałabym Świat inaczej. Książki te tak naprawdę w wielu punktach się spotykają – w obu książki są zakazane, społeczeństwo jest kontrolowane i uszczęśliwiane poprzez ogłupianie, kultura zostaje ograniczona do najprostszej, nie wymagającej wysiłku intelektualnego rozrywki, a u Huxleya dotykowo-zapachowe interfejsy i ferie barw jeszcze mocniej oddziałują na widza. W obu książkach sporty i aktywność fizyczna zajmują miejsce nauki (swoją drogą, nigdy nie rozumiałam tego przeciwstawienia sobie ciała i ducha, jakby wysportowanie nie mogło iść w parze z oczytaniem. Może wynika to po części z czasów, w jakich te książki powstały… a może to ja nie doceniam współczesnego kultu choćby szkolnych zespołów futbolowych w USA, gdzie stypendiów sportowe i sława zwycięzców są ważniejsze od ocen. Może rzeczywiście istnieje jakaś przerażająca prawidłowość), a nieuczestniczenie w masowych, wspólnych rozrywkach jest uważane za dziwactwo i stanowi zagrożenie dla równowagi społeczeństwa. W obu książkach indywidualizm został wytrzebiony, u Huxleya znacznie bardziej dosłownie – poprzez klonowanie i tworzenie identycznych grup ludzi do wykonywania identycznych, mechanicznych czynności oraz genetyczne modyfikowanie płodów tak, by ograniczyć ich zdolności intelektualnie. Następnie przeprowadzane jest pranie mózgu i wpływanie na podświadomość, by jeszcze mocniej ujednolicić odruchy i myśli, dzięki czemu nikt nie próbuje wyłamać się z systemu i wszyscy są zadowoleni z klasy, do której przynależą. Tak samo w obu świata rozkładowi uległy głębsze relacje między ludźmi – u Bradbury’ego jako konsekwencja przeobrażeń, a u Huxleya – jako odgórnie narzucona filozofia „każdy należy do każdego”, likwidacja rodzin i naturalnego rozmnażania się.

 

W końcu w obu książkach pojawia się bohater podważający zasady gry. Tyle że Montag odrzuca wcześniejsze życie całkowicie – gdy raz poznaje wartość książek i zaczyna pragnąć zrozumienia ich sekretów, nie potrafi już cofnąć się do wygodnego stanu wcześniejszego szczęśliwego zidiocenia. Tymczasem Bernard ze Świata urodził się zbyt inteligenty – coś poszło nie tak, gdy był zarodkiem, przez co, choć należy do klasy alf, zupełnie tak nie wygląda. Jest niski i brzydki, co wyróżnia go na tle pięknych i gładkich alf. Ale, co najgorsze, Bernard myśli poza schematami. Irytują go odruchowo powtarzane hasła, będące gotową odpowiedzią na każdą sytuację, nie chce brać udziału we wspólnych rozrywkach, woląc spokojną rozmowę z przyjacielem. Ale Bernard z jednej strony jest dumny z tego, że jest inny, a jednocześnie pragnie się wpasować. Gdy dzięki Dzikusowi nadarza się okazja, by zacząć być traktowanych z szacunkiem, natychmiast zaczyna zachowywać się jak ważniak, uganiać za kobietami i przyjemnościami. A na koniec nie chce się pogodzić, w przeciwieństwie do jego przyjaciela Helmholtza, ze swoim szczególnym stanem intelektualnym, z wolnością myśli, o jakiej nie mogą marzyć ani klonowane delty, ani nawet inne alfy.

 

Ale 451 stopni okazało się mi bliższe, bo bardziej rzeczywiste, lepiej korespondujące ze światem realnym. Nowy wspaniały świat okazał się zbyt abstrakcyjny, zbyt odległy, zbyt abstrakcyjny. Dopiero pod koniec w trakcie rozmowy grupki głównych bohaterów z zarządcą poczułam znajomy i lepiej przeze mnie rozumiany klimat Bradbury’ego. Polskie wydanie pochodzi z 1988 r. (powieść z 1931). W posłowiu tłumacz Bogdan Baran napisał:

Po tak długim czasie, jaki upłynął od chwili stworzenia tej dość już anachronicznej wizji społeczeństwa organizowanego za pomocą metod biologicznych, zasadność wydania polskiego przekładu może się wydać wątpliwa. Powieść Huxleya nie stanowi jednakże tylko antywellsowskiej wypowiedzi w sprawie tragicznych skutków triumfu nauki. Uniwersalizm tego dzieła przekracza daleko wszelkie doraźne – także polityczne – cele, którym przed laty mogło ono służyć. Ostrze satyry w gruncie rzeczy nie godzi w systemy polityczne, gdyż atakuje cywilizację przemysłową jako taką. Lęki i niepokoje Huxleya, który szybko stwierdził, że jego wizja jest bliższa urzeczywistnienia, niż początkowo mniemał, doznały dziś pewnego przesunięcia akcentów. Wydaje się, że wzrosło zagrożenie totalnego unicestwienia ludzkości, natomiast widmo wszechzorganizowania nieco zbladło. W gruncie rzeczy widmo to, abstrahując rzecz jasna od jego lokalnych materializacji, jest dzieckiem hiperboli i formalizmu myślowego. Najbardziej nawet skrajna antyutopia stanowi przecież utopię tout court – wizję nierealną, konstrukcję.

Skoro już w latach ’80 zwrócono uwagę na anachroniczność, może jest jakiś sens w moich odczuciach względem tej książki, bo im mniej dosłownie traktowałam tę historię, tym większą wartość w niej odnajdywałam. Nowy Wspaniały Świat rzeczywiście jest, jak głosi tekst na okładce „parodią oświeceniowej powiastki filozoficznej” i „czystą rzeczą wyobraźni”. Ma specyficzną formę i tak musi być odczytywany, z wzięciem pod uwagi specyfiki gatunku, pewnych przerysowań. Jest dużo bardziej symboliczna i eksperymentalna niż dzieło Bradbury’ego.

 

Zupełnie na marginesie, ciekawa jest uwaga o wzrastającej popularności wizji apokaliptycznych. Rzeczywiście zombie, meteoryty i nuklearna wojna stały się tematami szalenie popularnymi i eksploatowanymi na milion sposobów w książkach, filmach czy grach komputerowych. Choć w kulturze popularnej od kilku lat pojawiają dystopie – pod postacią literatury Young Adult. Niestety nie czytałam ani Hunger Games, ani Divergent, ani Maze Runner, ale sądząc po filmach (jak i pamiętając, że jest to w pierwszej kolejności jednak literatura dla nastolatków) poziomu Orwella to one nie mają.

 

Właśnie, do kompletu powinnam przeczytać jeszcze Rok 1984, ale czytałam go w gimnazjum (czyli milion lat temu), gdy razem z Paragrafem 22 i Lotem nad kukułczym gniazdem był dla mnie wyznacznikiem Literatury przez wielkie L. I choć nie wierzę, by Orwell mógł mnie rozczarować, bo Rok 1984 to niedościgniony ideał, to jednak podróż sentymentalna do czasów nastoletności zawsze pozostaje ryzykowna. A może możecie polecić jakieś dobre współczesne dystopie?

 
Źródło materiału: http://agnieszkazak.com/2015/06/26/klasyczna-dystopia-razy-dwa-czyli-233-stopnie-celsjusza-i-brzydki-swiat