361 Obserwatorzy
120 Obserwuję
agzak

Agnieszka Żak

Autorka zbioru opowiadań "Karaluch w uchu", blogerka: https://agnieszkazak.com

Teraz czytam

Kosmiczny poradnik zycia na Ziemi
Chris Hadfield
Przeczytane:: 16 %
Teoretyczne minimum Co musisz wiedziec, zeby zaczac zajmowac sie fizyka
Hrabovsky George Susskind Leonard
Przeczytane:: 13 %
A Game of Thrones (A Song of Ice and Fire #1)
Przeczytane:: 2 %
Robótki ręczne
Cheryl, Rich Tennant, Trisha Malcolm, Pam Allen
Przeczytane:: 220/424 stron

O kobietach w męskim świecie

Zakazane cialo Historia meskiej obsesji - Diane Ducret

Tym zaś, którzy, odkrywszy ich strategię, mówią, że wojna to męska sprawa, odparowują, że pokój jest za to sprawą kobiet.

 

To bardzo nierówna książka. Słabo wypada przede wszystkim tam, gdzie usilnie stara się udowodnić tezę postawioną w podtytule, a mówiącą o "historii męskiej obsesji". Autorka usilnie stara się przedstawić męski punkt widzenia i pokazać, jak to mężczyźni przez wieki kontrolowali kobiety, bojąc się ich siły i płodności, podporządkowując je sobie i wykorzystując prawo oraz religię przeciwko nim. I jakkolwiek jest to teza prawdziwa, autorka zupełnie nie radzi sobie z jej udowodnieniem, pisząc o męskiej obsesji w sposób niezgrabny, wymuszony, rwaną narracją. Mam wrażenie, że książkę czytałoby się znacznie lepiej, gdy skupiała się na suchym opisie, bez prób ideologicznego tłumaczenia. Najgorzej natomiast się robi, gdy autorka zaczyna bawić się w literaturoznawcę! Na litość, cóż mnie obchodzą średniowieczne poematy czy romantyczne wiersze, w których poeci opisują narządy płciowe swych kochanek?

 

Natomiast są w niej też fragmenty naprawdę ciekawe, głównie te dotyczące sytuacji kobiet z kontynentów innych niż Ameryka Północna i Europa, które zwykle znajdują się w centrum zainteresowania. Rzadko do tej pory miewałam okazję dowiedzieć się, jakie zwyczaje i przesądy dotyczą kobiecości oraz płodności w Afryce, nie wiedziałam, jaką siłę może mieć odsłonięcie narządów płciowych. W książce znalazło się miejsce i dla Chińczyków walczących z ograniczeniem liczby dzieci, i dla kobiecych protestów, które doprowadziły do pokoju w Liberii, i dla historii obalenia narkotykowych karteli w Kolumbii poprzez strajk łóżkowy. Te mniej lub bardziej znane wydarzenia są naprawdę godne uwagi i moim zdaniem powinny stanowić sedno i główny element tej książki, bo potrafią być niesamowicie inspirujące.

 

Tak samo świetnie pisze autorka o walce o prawo do aborcji albo próbach wprowadzenia tamponów lub wygodniejszych podpasek na rynek. Tam, gdzie Ducret skupia się na historii, pokazuje konkrety, wyjątkowe kobiety lub grupy kobiet, które podjęły działania ku poprawie swojego losu, tam dostajemy gwarancję świetnej, porywającej lektury i w pełni poznajemy znaczenie tego, o czym Ducret chciała powiedzieć.

 

Trzeba się więc przemęczyć przez nudną, poświęconą literaturze i filozofii część książki, przez jakieś mitologiczne historie i smętne teoretyzowanie, by dostać się do tych soczystych, godnych uwagi, a co najważniejsze – prawdziwych historii. Dlatego lekturę polecam, choć z zastrzeżeniami.

Siedmiu bogów szczęścia i ta jedna bogini, co lubiła się obnażać

Mitologia Japonii - Jolanta Tubielewicz

Spodziewałam się po prostu zbioru legend, tymczasem "Mitologia Japonii" okazała się bardziej opracowaniem. Jolanta Tubielewicz nie cytuje całych mitów, a jedynie ogólnie przytacza ich fabułę i sens, skupiając się raczej na zależnościach między wydarzeniami mitycznymi a historycznymi lub starając się wytłumaczyć pochodzenie konkretnych symboli. Przedstawienie szerszego kontekstu wychodzi zresztą książeczce na dobre, bo pomaga zrozumieć wiele dziwnych i nietypowych elementów. Styl całości również jest bardzo przyjemny. Przede wszystkim zaś jak na mały format, liczne zdjęcie i niewielką objętość udało się autorce zmieścić sporo konkretów. Dobrze przygotowana pozycja.

 

Z tego, co rozumiem, seria "Mitologie świata" nigdy nie doczekała się wznowienia – a szkoda, bo posiadana przeze mnie mała czarna książeczka z 1986 roku dosłownie rozpadała się w trakcie czytania. Pierwsze osiemdziesiąt stron wypadło zupełnie, reszta trzyma się tylko na słowo, bo próbowałam zbyt szeroko nie otwierać książki. Chętnie poczytałabym też o innych mitologiach, gdyby wydać je w jakiejś sensowniejszej formie.

Dobre od połowy

Miasto złudzeń - Ursula K. Le Guin

Ale żaden człowiek nie mógł mi zrobić tego, co zrobili Shinga. Szanuję życie, ponieważ jest bardziej skomplikowane i niepewne niż śmierć, a najbardziej skomplikowany i najmniej pewny jest umysł człowieka. Shinga nie naruszyli swego prawa i pozostawili mnie przy życiu, ale zabili moją osobowość. Czy to nie morderstwo? Zabili dziecko, które we mnie było, i zabili dorosłego mężczyznę. Czy można nazwać szacunkiem dla życia takie igranie z ludzkim umysłem? Ich najwyższe prawo jest kłamstwem, a cześć dla życia szyderstwem.

 

Wymęczyła mnie ta książka. Mówię to z żalem, bo to w końcu moja ulubiona Le Guin. Wymęczyła mnie pierwsza połowa tej książki, która – po przeczytaniu całości – wydaje się mocno zbędna. Oto główny bohater traci pamięć i wyrusza w podróż w poszukiwaniu prawdy o samym sobie. Podróż okazuje się nudna i żmudna, wypełniona w kółko powtarzanymi motywami barbarzyńskich, do obrzydzenia patriarchalnych plemion.

 

Ale w drugiej część w końcu dzieją się rzeczy warte uwagi, rzeczy, których po powieści Le Guin bym się spodziewała (nie żebym nie spodziewała się zniszczonej, biednej Ziemi i jej cierpiących mieszkańców, z trudem próbujących zachować resztki starej kultury). Bohater, po dotarciu do celu, musi zmierzyć się z Wielkim Kłamstwem. Musi odnaleźć prawdę nie tylko w słowach Shinga, którym nie ufa, ale też w samym sobie, rozdartym między dwoma osobowościami, dwoma światami, dwoma zestawami doświadczeń. Musi się ukrywać i uważać, by najdrobniejszą myślą nie zdradzić swych ludzi. Rozgrywająca się między umysłami potyczka, uprzejmości dla zachowania pozorów, podchody między bohaterami, lawirowanie między prawdą a kłamstwem – to jest w tej książce dobre, to stanowi jej esencję i szkoda, że musiałam się przegryźć przez przydługi wstęp, by się tym nacieszyć.

Ginekolodzy - Jürgen Thorwald, Anna Wziątek

To jedna z tych książek, które jednocześnie budzą zachwyt i przygnębienie. Bo jak tu nie zachwycać się odwagą, inteligencją i determinacją lekarzy oraz ich pacjentek, którzy nie posiadając współczesnych narzędzi, wyników badań, znieczulenia czy wiedzy o anatomii i rozmnażaniu dokonywali wielkich medycznych przełomów, dzięki którym nie tylko ciąża i poród stały się bezpieczniejsze i łatwiejsze, ale też wyleczono wiele powszechnych kiedyś chorób kobiecych.

 

Ginekolodzy będą książką prowokacyjną. Opowiada ona o brutalności wielu lekarzy, ich wrogości do kobiet, kulcie macicy, któremu się oddawali, nawet jeśli kobieta musiała umrzeć z tego powodu.

 

Przygnębia, bo niektóre z wypowiedzi lekarzy cytowane w tej książce spokojnie mogłyby jutro trafić na stronę główną Frondy i wielu by im przyklasnęło. Nie chodzi nawet o te najbardziej kuriozalne historie rodem z XV-XIX wieku, gdy lekarze musieli przeprowadzać badania i przyjmować porody z zasłoniętymi oczami, a kobiety męczyły się pod wieloma warstwami pierzyny, co by nie ukazać przypadkiem kawałka grzesznego ciała. Nie chodzi o wyścigi, kto przeprowadzi więcej cesarskich cięć. Nie chodzi o brutalność, która towarzyszyła mocno zaniedbywanej dziedzinie, jaką była ginekologia.

Jeżeli poród nie mógł się odbyć całkowicie naturalnie, kobiety nadal umierały lub do kresu swoich dni żyły z porozrywanymi pochwami, kroczami i odrażającymi przetokami między pęcherzem moczowym, odbytem a pochwą, których nikt nie potrafił zszyć. Do cierpiących ciężarnych, nie przestrzegając nakazów kościelnych, powodowane litością akuszerki wzywały potajemnie chirurgów mężczyzn. Co próbowali miażdżyć główki zakleszczonych dzieci za pomocą metalowych haków, wierteł i noży, wyciągać ich ciała po kawałku i w ten sposób ratować matki. Ale tam, gdzie rozciągała się władza Kościoła, szybko rezygnowali ze swoich krwawych praktyk. 

Błędy tamtego okresu można w końcu zrzucić na karb niskiego poziomu wiedzy medycznej. Postęp nie dokonuje się z dnia na dzień i wymaga poświęceń, wiadomo. Najbardziej boli oczywiście ideologia. A ta postawi zaślepiać, ogłupiać i niszczyć życia, gdy w imię moralności, religii i sprawowania władzy nad duszami odmawia się kobiecie prawa do kontroli nad własnym ciałem, zdrowiem, płodnością. Thorwald pisze nie tylko o tym, jak powstawały nowe metody leczenia chorób, jak wymyślano przyrządy chirurgiczne i jak testowano nowe techniki operacyjne, ale też opowiada o walce, jaka stoczyła się (i toczy po dziś dzień) wokół bezbolesnego porodu, antykoncepcji czy aborcji.

"Medical Times and Gazette" uznała za rzecz niewyobrażalną, iż można oczekiwać od lekarzy "poniżania kobiety i robienia z siebie wspólnika nienaturalnego przestępstwa". Kontynuowała: "Nigdy nie nadejdzie dzień, w którym lekarze przeniosą do porządnych domów tę ideę [antykoncepcję], ciemną i grzeszną". Trzecie ważne czasopismo medyczne, "Lancet", oznajmiło w 1869 roku: "Żona, której mąż praktykuje to, co nazwane jest zapobieganiem ciąży, popada siłą rzeczy w stan ducha prostytutki".

Thorwald rozumie, że naukowe fakty i zdrowy rozsądek są ważniejsze od kwiecistego języka teoretycznych (męskich) rozważań i jakże łatwego przerzucania winy na często zdesperowane, biedne kobiety. Opisując historię ginekologii tak naprawdę opisuje historię dochodzenia kobiet do ich praw i przełamywania zabobonów. Thorwald rozumie sytuację kobiet taj w przeszłości, jak i dziś – staje po ich stronie, uznając ich prawo do profesjonalnej opieki medycznej, badań i leków, bezpiecznego porodu, antykoncepcji, podejmowania własnych decyzji. Rozumie prawo kobiety do bycia zdrową i szczęśliwą.

Na kartach Ginekologów znalazło się miejsce i dla tych, którzy działali dla dobra kobiet, i dla tych, którzy chcieli zatrzymać postęp, jak i dla tych, którzy robili tylko to, co przyniosło im sławę, niezależnie od efektów dla zdrowia kobiety. To książka szczególnie uwagi.

 

"Niektórzy wśród nas, księży, mówią wprost, że zakonnice to współczesne niewolnice. Chciałbym, żeby było inaczej. Nie znoszę, gdy siostra się wobec mnie usłużnie zachowuje, bo chcę być z nią jak brat. Ale kiedy poznałem misjonarkę, która traktowała mnie jak równego sobie, to czasem i dla mnie to było dziwne. Bo okazało się, że ja też przywykłem. Bo taj jak ktoś ciebie traktuje, tak ty potem siebie. Każdy się przyzwyczaja, i siostra, i ojciec.
Ksiądz zawsze ma z czego żyć. A one nic nie mają. Są zależne od proboszcza mężczyzny. Służą mu, są organistkami, zakrystiankami, czasem katechetkami. Przecież siostra, żeby uczyć religii, musi mieć misję kanoniczną, a od kogo ją dostaje? Od biskupa. Dla niektórych księży zakonnice są tylko służącymi. Traktują je gorzej, bosą kobietami i do tego nie realizują się nawet w podstawowej roli, w której Kościół widzi kobiety: nie rodzą dzieci.

[…]

Zwykła kobieta wydaje się mieć w Kościele wyższą pozycję niż zakonnica, ponieważ jest dopuszczona do sakramentu małżeństwa. Siostra składa tylko śluby, które mają status przyrzeczenia, a więc stoją niżej niż sakrament. Podobnie bracia, którzy nie obiorą drogi kapłańskiej, ale oni przynajmniej mają wybór.

[…]

W [Indiach], gdzie obecnie jest najwięcej powołań żeńskich, w 2010 roku biskupi razem z zakonnicami i feministkami stworzyli dokument dotyczący polityki równości płci, czyli gender policy. Podkreśla on, że problem przemocy wynika z dyskryminacji kobiet – autorzy nie wahali się wielokrotnie użyć słowa gender. Hierarchowie postulują wprowadzenie teologii feministycznej i zajęć antydyskryminacyjnych dla księży, zakonników i zakonnic.

[…]

Theresa Kane, Siostra Miłosierdzia, w 1980 r.:

Przez dwa tysiące lat kobiety były systematycznie wykluczane z Kościoła jako instytucji. Kościół rzymskokatolicki nie może głosić godności, szacunku i równości wszystkich osób, a jednocześnie kontynuować systematycznego wykluczania kobiet z pełnego udziału w instytucjonalnym Kościele.

[…]

W 2009 roku Kongregacja Nauki i Wiary postanowiła ukrócić samodzielność zakonnic. […] Siostra Patricia Farell ripostowała, że troski nie zauważa, widzi natomiast lęk przed tym, że kobiety zaczną zmieniać Kościół, gdy wreszcie zyskają pozycję równą mężczyznom.

[…]

Ale czyż tej nieufności nie zaczepiła przez wieki męska połowa ludzkości? – pytam, nawiązując do dyskusji o historii, którą przed chwilą odbyliśmy. – To ojcowie Kościoła mówili, że kobieta jest komnatą diabła. To święty Tomasz głosił, że jest mniej rozumna niż mężczyzna i powinna być mu podległa. To papieże zdecydowali, że kobieta w klasztorze może się tylko modlić, sprzątać i gotować. Uważali, że im więcej kontroli, tym lepiej. Zabraniali jej wychodzić z domu, kształcić się, być u władzy, głosować w wyborach. Swoim namiętnościom folgowali bez ograniczeń, ale to jej przypisywali, że jest nierządnicą. Mężczyzna był jurny, a kobieta upadła.

[…]

Zakony żeńskie odegrały ogromną rolę w kształceniu kobiet. Po pierwsze, umożliwiały części sióstr staranną edukację. Po drugie, wiele z powstających w XIX wieku zgromadzeń otwierało szkoły, stawiając sobie za cel kształcenie dziewcząt.

"
Zakonnice odchodzą po cichu - Marta Abramowicz

Fragmenty dotyczące miejsca kobiety w kulturze i religii z książki Marty Abramowicz "Zakonnice odchodzą po cichu".

Powrót na planetę bez imienia

Świat Rocannona - Ursula K. Le Guin, Danuta Górska, Lech Jęczmyk

Świat Rocannona czytałam dwa lata temu, ale – podobnie jak w przypadku Ziemiomorza – wraz z kompletnym wydaniem cyklu od Prószyński i S-ka postanowiłam przeczytać wszystkie powieści z Ekumeny po kolei.

 

Jak mówi prawo Clarke’a, „każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”. I tak dokładnie jest w przypadku tej książki – zarówno gdy chodzi o świat przedstawiony, jak i klimat, bo choć to oczywiście science-fiction, przypomina bardziej baśń czy nawet przygodową powieść fantasy, w której główny bohater podróżuje na gryfie z grupą dzielnych przyjaciół, by uratować świat. Ta mieszanka stylów i gatunków zrobiła na mnie wielkie wrażenie, także dlatego, że jest ukazanie jak ludzie na wczesnym etapie rozwoju reagują na rozwiniętą technologię oraz międzyplanetarną wojnę zostało zrobione bardzo subtelnie i mądrze, bez przesadzania w żadną stronę. Rocannon szanuje mieszkańców planety, nawet zaprzyjaźnia się z nimi, udało się uniknąć schematycznego potraktowania „barbarzyńców”. Ale Le Guin zawsze świetnie sobie radziła w pokazywaniu wymyślonych kultur i relacji między nimi. Nie jest to też heroic fantasy, jak może wynikać z mojego wcześniejszego opisu. Rocannon nie czuje się bohaterem i bezustannie poddaje w wątpliwość swoje zdolności, płaci wielką cenę za swój sukces.

 

Zawsze z przyjemnością powracam do książek Le Guin.

Architekci awangardy

Lachert i Szanajca. Architekci awangardy - Beata Chomątowska

Ta pozycja zazębia się w pewnym sensie z 13 piętrami, bo pisząc o architektach działających w dwudziestoleciu międzywojennym ciężko nie wspomnieć o problemie tanich mieszkań dla robotników. Trochę też uzupełnia to, czego w drugiej książce nie ma, czyli kwestię mieszkaniową zaraz po II wojnie światowej. Oczywiście nie robi tego w pełni, bo ostatecznie nie o tym ten tytuł jest. Cieszę się jednak, że przeczytałam te dwie książki zaraz po sobie.

 

Choć już sam tytuł jednoznacznie wskazuje, że jest to głównie opowieść o życiu i pracy Lacherta i Szanajcy, to Chomątowska zdecydowała się tak szeroko zarysować tło, że całe rozdziały obywają się bez głównych bohaterów. Znalazło się tu miejsce nie tylko na dokładne prześledzenie losów rodzin tych dwóch architektów, ale też dla pozostałych członków Praesensu, dla małżeństwa Syrkuzów, dla Le Corbusiera.

 

I właśnie w tak szerokim ujęciu tematu tkwi siła tej książki, która poza dorobkiem oraz pomysłami Lacherta i Szanajcy prezentuje epokę, środowisko, dominujące w tamtym czasie idee i zmieniające się nastroje.

 

Kamienice, osiedla, kredyty

13 pięter - Filip Springer

Wow. Nie bez powodu wymieniano tę książkę na wszystkich listach najważniejszych tytułów zeszłego roku. Springer zaczyna mocno – od wymienienia szeregu artykułów z „Robotnika” z lat ’30 dotyczących samobójstw spowodowanych eksmisjami i bezdomnością. Prezentując sytuację mieszkaniową w dwudziestoleciu międzywojennym skupia się przede wszystkim na robotnikach, na bezdomnych, na zbyt ubogich, by pozwolić sobie na więcej niż – dosłownie – lepiankę.

To oni [burżuazja, ziemianie, inteligencja] bywali w teatrach i na dansingach, jadali u Bliklego, kupowali buty u Kielmana. I to oni zapełniają karty licznych książek poświęconych polskiej belle epoque. Dwa procent – może trochę więcej. Reszta nie zmieści się w kadrze.

Coś w tym jest – znacznie przyjemniej myśli się o kamienicach, pięknych strojach lat ’20, brukowanych uliczkach, balach. Springer prawie o tym nie wspomina, jego interesuje pozostałe 98%. Książka to doskonały opis mieszkaniowej biedy tamtego okresu – upychanie kilku rodzin w jednym pokoiku, budowanie domków ze śmieci, wydrążanie grot, rozpadające się budynki. W końcu odważne projekty architektów, które najczęściej okazywały się dalej za drogie.

 

Ale na tym książka się nie kończy. Niektórzy narzekają, że Springer zdecydował się odpuścić PRL, choć to okres niezwykle w kwestii mieszkań ciekawy, ale ja nawet rozumiem, czemu postanowił przeskoczyć od razu z dwudziestolecia do współczesności – by pokazać pewne paralele.

Strategia rozwoju kapitału ludzkiego 2020, także z 2013 roku, idzie jeszcze dalej. Jej autorzy piszą wprost, że „w Polsce problemem jest mała dostępność mieszkań (zwłaszcza mieszkań na wynajem) w ośrodkach generujących miejsca pracy”, a to z kolei powoduje, że młodzi ludzie później się usamodzielniają i później decydują się na założenie rodziny. By temu zapobiec, trzeba rozwinąć budownictwo społeczne.

A jak ta współczesność wygląda – zdajemy sobie sprawę. Kredyty na trzydzieści lat, najgorsze oczywiście we frankach. Dziury w ziemi, które nigdy nie zamieniły się w mieszkania, bo deweloper upadł. Niepewność wynajmowanego mieszkania, przenoszenie się z miejsca na miejsce, albo wręcz przeciwnie – zdziwione spojrzenia znajomych, gdy nie chce się osiąść w jednym miejscu na stałe, na swoim. Brak pieniędzy na wynajem, gnieżdżenie się po pokojach studenckich. Bezwzględność czyścicieli kamienic.

 

Ale opowieści zwykłych ludzi o ich problemach nie pełnią tu tylko roli anegdotycznej. Każda z historii mieszkańców trzynastu pięter stanowi punkt wyjścia do próby analizy patologii toczących polski rynek mieszkaniowy. Największą wartością tej książki jest właśnie zwrócenie uwagi na brak zainteresowania kolejnych rządów, brak długofalowych rozwiązań i finansowanie zupełnie nie tych projektów, co trzeba.

W krajach zachodnich sprawa wygląda zupełnie inaczej. Mieszkania wynajmuje się także od dużych instytucji, które zarządzają setkami, a nawet dziesiątkami tysięcy lokali. Są to często firmy należące do funduszy inwestycyjnych zarządzających oszczędnościami przyszłych emerytów. W polskich warunkach mogłyby to być także towarzystwa budownictwa społecznego, zwłaszcza w mniejszych miastach, do których długo nie trafią żadne fundusze inwestycyjne. Ich celem jest wynajmowanie mieszkań – im dłużej najemca zajmuje lokal i za to płaci, tym dla nich lepiej. Każda zmiana to przecież koszt. Takie instytucje są też mniej podatne na wahania rynku. W Polsce jednak taka forma wynajmu stanowi margines. Przez lata mówiło się, że przez Ustawę o ochronie praw lokatorów jest nieopłacalna.

– Paweł Sztejter, partner zarządzający w REAS w 13 piętrach

Dziwnie czyta się tę książkę siedząc na kanapie w bezpiecznym, własnym domu, bez obawy, że jedno z mieszkaniowych nieszczęść opisanych w tej książce może mi się przydarzyć. I nocując niedługo później na tejże kanapie kogoś, kto miał tego pecha.

Pasteloza naszych umysłów – „Wanna z kolumnadą” Filipa Springera

Wanna z kolumnadą - Filip Springer

Ktoś pisał, że mam smutne życie, żebym się zajął czymś poważnym. Bo to, jak wygląda miasto, ciągle nie jest tu sprawą poważną.

– Michał Gruda o Łodzi

Ach, jak ja lubię książki Springera. Zaczęło się od Źle urodzonych, książki o ukrytym pięknie architektury PRL-u, potem książki o Hansenach, o znikającej Miedziance. Springer ma świetne pióro, potrafi prowadzić opowieść w urzekający czytelnika słodko-gorzki sposób. Potrafi spojrzeć poza brud, porażki, ograniczenia i wydobyć piękno tego, o czym mówi. Przyszła więc dla mnie pora, by nadrobić kolejną pozycję.

 

Reklamy, szyldy, banery

 

Ale Wanna z kolumnadą okazała się książką zaskakująco przygnębiającą. Może dlatego, że choć dotyczy otaczającej nas brzydoty – wszechobecnych reklam, architektonicznych koszmarków, pastelozy budynków mieszkalnych, bezsensownie zaplanowanych osiedli, czy też raczej braku planowania – to tak naprawdę krytykuje nas, Polaków. Bo czemu w końcu winny jest płot, że wisi na nim reklama? Czemu winny hotel, że ktoś postawił u wejścia tandetne gipsowe sfinksy? Patrzymy na tę kakofonię barw, na te stylizowane na piramidy-restauracyjki i zameczki-domy weselne i się ich nie wstydzimy.

 

640px-Reklama_zewnętrzna_radek_kolakowskiReklama zewnętrzna Radek Kołakowski” autorstwa Cyrkiel-network – Praca własna. Licencja CC0 na podstawie Wikimedia Commons.

Kolumny, wieżyczki, pałace

Ludzie o łzawiących oczach. Tacy, których dotknęło nieszczęście posiadania wrażliwości estetycznej.

Niby więc chodzi o przestrzeń, ale tak naprawdę – o ludzi. O to, że niewiele nas tak naprawdę obchodzi, czy mamy ładny widok z okna, czy zabytki nie toną pod płachtami i banerami, czy będzie estetycznie, ładnie, przyjemnie. Czyta się tę książkę z narastającym uciskiem w żołądku, bo nie byłoby przecież tak źle, gdyby komuś na ładzie zależało. Ale zdaje się nie zależeć nikomu. Ani deweloperom, myślącym o kolejnych mieszkaniach, ale już nie sklepach czy przedszkolach; ani politykom, nie chcącym podpaść inwestorom; ani samozwańczym architektom, co uważają, że te greckie kolumienki i złocone gzymsy są szczytem luksusu; ani przechodniom, zwykłym ludziom, którzy muszą na co dzień ten koszmar oglądać. I tylko nielicznym oczy szczypią.

hotel_Venecia_Palace5Czemu? Hotel Venecia Palace w Michałowicach, zdjęcie ze strony Koszmary Architektury

Bo to też książka o porażkach tych, którzy próbują. Nielicznych konserwatorów zabytków, architektów, polityków, działaczy miejskich, czy tych przechodniów, co to powiedzieli „dość”. Czasem brakuje im pieniędzy i innych środków. Najczęściej brakuje odpowiednich przepisów prawnych, a te, które są nie wystarczą, by powstrzymać samowolę budowlaną, nielegalne reklamy, stawianie byle czego i byle jak nieodpowiedzialnie i bez myślenia o skutkach dla wyglądu przestrzeni miejskiej, nie wspominając o wygodzie mieszkańców. Przede wszystkim nie wystarczą, by powstrzymać ludzką arogancję, bo przekonanie, że w można wszystko, boli chyba najbardziej – to nieoglądanie się na innych, ignorowanie prawa, przerost ego. Ale niektórzy walczą. Czasem uda im się uratować jeden blok, jeden trawnik, coś zmienić. Jak nie dziś, to za pięć lat. Zmiany postępują wolno, więc niektórzy tracą zapał. Garstka się nie poddaje.

 

Pasteloza, kropkoza

Ludziom wystarczy pokazać, że nie trzeba kolorować całego bloku na pomarańczowo, że czasami wystarczą drobne akcenty, a efekt będzie silniejszy. Nikt ich tego nie nauczył, więc muszą to robić architekci.

– Marcin Kościuch

Społeczeństwo trzeba edukować plastycznie, wy od tego jesteście, bo na plastyce nikt tego nie uczył.

– L.U.C.

Spytacie pewnie – czy to jest takie ważne? Przecież te pastelowe domki takie ładne. Sporo spółdzielnia takie chce, skoro się takie ludziom podobają, to dlaczego nie? Cóż, były czasy, gdy i mnie podobały się pastelowe bloki. Bo nie było szare. Szare jest przecież złe, ponure, jak za komuny. Tylko że – cytując klasyka – tu zielone, tam brązowe wygląda jak gówno w lesie. Patrzę na znajomy trojaczek na osiedlu domków. Pierwszy segment jest zielony, drugi żółto-pomarańczowy (a może pomarańczowo-czerwony? Jeszcze te kolory po ociepleniu nie zdążyły wyblaknąć, rażą po oczach), trzeci biały i zamiast farbą, pokryty czymś co wygląda jak białe, plastikowe panele. No jak tak można? Jaki jest w tym sens?

 

z19391049Q,Blokokamienica-Elk-fot--PawelPo raz kolejny to samo pytanie – czemu? Blok w Ełku, fot. Paweł, zdjęcie z serwisu Bryła.pl, z artykułu Polisz Arkitekczer: największe kity polskiej architektury [cz. VIII] Z balkonu mam widok na blok. Długaśny i wielgaśny, pomalowany w pasy w pastelowych kolorach. Też częściowo samowola, od lat nikt nie może sobie z nią poradzić. Mieszka tam znajomy znajomego, jak opowiada, jakie tam są warunki, to się włos jeży na głowie. Patrzę na ten blok z odrobiną sympatii nawet, jak na schorowanego, kulawego psa, bo to przecież nie jego wina, że taki jest.

 

Ogrodzenia i płoty

 

Ale patrzę też na moje osiedle. Biało-szare, tu i tam ozdobnie brązowa cegła. Czy jest ładnie? Cóż, to grodzone osiedle, zupełnie inna plaga, inny problem. Ale mogło byś gorzej. Ulicę dalej też biało-szary budynek z pomarańczowym akcentem, jak w przykładzie Kościucha. Może nadchodzi jakaś estetyczna zmiana…  Oczy by szczypały mniej, gdyby blok nie stał przy wąskiej drodze, zawalonej autami, z paskudną budą kebabu i kantoru. Kantor świeci wielkim banerem. I większości społeczeństwa to nie przeszkadza, a niektórym – nawet się podoba.

 

W tej książce zabrakło miejsca na piękno. Może ten kraj nie może być piękny… a może ty, czytelniku, też byś zerwał ulotkę kredytu-chwilówki z przystanku autobusowego? Jedną tu, drugą tam i może zrobi się piękniej?

Źródło materiału: http://agnieszkazak.com/2015/12/28/pasteloza-naszych-umyslow-wanna-z-kolumnada-filipa-springera

Live, Die, Repeat

All You Need Is Kill 1 - Takeshi Obata, Hiroshi Sakurazaka All You Need Is Kill 2 - Takeshi Obata, Hiroshi Sakurazaka

W 2014 roku do kin wszedł film The Edge of Tomorrow (Na skraju jutra), nakręcony na podstawie książki japońskiego pisarza Hiroshiego Sakurazaki. Przeszedł raczej niezauważony i przyznam, że nie mam pojęcia, czemu się tak stało, bo to jeden z lepszych filmów zeszłego roku oraz jedna z ciekawszych nowych pozycji sci-fi.

 

Normalnie nie przepadam za Tomem Cruisem, ale do roli głównego bohatera, Cage'a, pasuje po prostu idealnie i oglądanie go dało mi mnóstwo radości. Emily Blunt jako Rita, zwana Full Metal Bitch, była równie wspaniała. Jakkolwiek główna idea, czyli uwięzienie głównego bohatera w pętli czasowej może się wydawać mało odkrywcze, a wojna z bliżej nieokreślonymi przybyszami z kosmosu – generyczna, to o wartości tego filmu decyduje wartka akcja i świetny humor. Bohater, mimo swego tak naprawdę tragicznego położenia (codziennie ginie bolesną śmiercią na polu walki w niemożliwej do wygrania bitwie), nie poddaje się, nie załamuje, lecz z dystansem podchodzi do sytuacji i stara się zrozumieć, co się dzieje i jak przeżyć. Rita jest świetną postacią kobiecą, silną, zdecydowaną i bezlitosną, nie bojącą się strzelić głównemu bohaterowi w łeb, gdy wie, że go to nie zabije naprawdę, a jedynie spowoduje to "włączenie" kolejnej pętli. I wątek miłosny jest na tyle delikatny, że nie szczypie w zęby. Poza tym to bardzo ładny film – mamy to egzoszkielety, dziwne potwory i widowiskowe walki. Po prostu dobrze się to ogląda.

 

Od razu ostrzegę, że nie czytałam książki i nie będę tu o niej pisać. Chciałam natomiast powiedzieć dwa słowa o mandze. Dwudomowy komiks ma zupełnie inny wydźwięk niż film – brakuje humoru i lekkości, jest ponuro i boleśnie. Powiedziałabym wręcz, że typowo japońsko. Abstrahując jeszcze na chwilę od tematu, powiem, że to mój pierwszy mangowy tytuł po dosyć długiej przerwie i podchodziłam do niego z pewną obawą, czy wciąż będę potrafiła odnaleźć się w ten bardzo specyficznej przecież stylistyce. Na szczęście w All you need is kill nie ma miejsca na typowo japońskie poczucie humoru rodem z shoujo, które niestety po 16. roku życia przestało mnie zupełnie bawić, a zaczęło żenować. Pojawia się natomiast bitwa na jedzenie, wydaje mi się jednak dobrze zrobiona. Japońskość tej pozycji polega przede wszystkim na wszechobecnym smutku, poświęceniu, cierpieniu – przestawionymi w ujęciu, które najbardziej kojarzy mi się właśnie z mangami. Lubię te klimaty i cieszy mnie, że zdecydowano się na taką formułę. Film kupił mnie humor, ale mam wrażenie, że to było jednak europejskie poczucie humoru. Poza tym dzięki temu manga odróżnia się od filmu, a tym samym oferuje coś nowego.

 

Całość jest bardzo przyjemnie dla oka narysowana – anatomia ani perspektywa nie bolą, walki są dynamiczne, zbroje i kosmici może się jakoś szczególnie nie wyróżniają, ale są narysowane starannie. Ogląda się dobrze i nie skrytykowałabym niczego. Poza dizajnem Rity – w filmie widać, że to twarda baba, tutaj to niestety nastolatka (choć i tak jak na standardy realistycznie narysowana). Ach, gdzież się podziały postaci jak Major z pierwszego filmowego Ghost in the Shell...

 

Mandze brakuje iście hollywoodzkiego zakończenia – nie tylko ze względu na śmierć jednego z bohaterów czy ogólnie poważny ton, ale przede wszystkim dlatego, że akcja nie wychodzi poza jedną bitwę. W filmie pokazano nam trochę więcej, choć dla odmiany wydaje mi się, że manga trochę lepiej tłumaczy działanie pętli czasu.

 

Czytać, nie czytać? Wydaje mi się, że bez znajomości książki/filmu sama manga może się wydawać trochę zbyt sucha – i krótka. Tu mamy parę stron na ekspozycję, tu parę na backstory Rity, ale całość trzeba było dosyć szybko zamknąć. Z drugiej strony, skoro widziałam film, bo w sumie pierwszy ton nie powiedział mi niczego nowego. Ostatecznie poleciłabym All you need is kill jako ciekawostkę, uzupełnienie to pozycji, z których wyrosło, choć może funkcjonować jako samodzielny tytuł i nie wymaga znajomości książki czy filmu.

Parę słów o bohaterach

Lux perpetua - Andrzej Sapkowski

I tyle, skończyło się. Zawsze, gdy kończy się jakaś seria nachodzi mnie to dziwne uczucie, gdy nie wiadomo, co zrobić ze sobą dalej. I jakaś taka niemożność pogodzenia się, że skończyło się właśnie tak, jak się skończyło. Nawet nie dlatego, że chciałoby się inne rozwiązania – raczej dlatego, że podróż jest ciekawsza od przybycia do celu. I chciałoby się, żeby jeszcze chwilę ta podróż potrwała.

 

Przez pierwszą połowę książki Reynevan szuka swej Jutty tak nieporadnie, że nijak nie można się tym interesować, więc i wiele mnie wątek ich wielkiej miłości nie interesował, nawet gdy się w drugiej połowie rozkręcił. Za to niespodziewany duet Birkarta Grellenorta i Douce von Pack spodobał mi się dużo bardziej, może dlatego, że villainy zawsze trochę pociągają; gdy jakaś namiętność rozgrzeje ich ponure dusze. Douce prawie nic nie robi, nic nie mówi, a mimo to jest straszna. Taka postać ledwo zarysowana, ale wyraźnie.

 

Sam Reynevan dosyć dobrze się w tych książkach rozwija. Mądrzeje i mężnieje z jednej strony, a z drugiej – zawsze pozostaje trochę naiwny, zapatrzony w ideały. O ile w Narrenturm wydawał mi się zbytnio nierozsądny, tak w kolejnych tomach dorósł, rozwinął się, odcisnęły się na nim doświadczenia. Przyjemnie się o takich bohaterach czyta.

 

Strona historyczna… przyznaję, że się trochę pogubiłam w tych wojnach, przymierzach, zdradach, najazdach. Nie, żeby to było źle napisane, wręcz przeciwnie. Ale tyle nazwisk i palonych miast to dla mnie zbyt wiele do spamiętania. Tylko smutno się robi, po co to wszystko musiało tak płonąć i po co ta krew płynie. 

 

Tyle. Nie ma więcej. Chyba sobie Wiedźmina powtórzę w wolnej chwili.

"Mówimy o Polsce. Tam nic i nigdy nie jest normalne."
Lux perpetua - Andrzej Sapkowski

Lux Perpetua, Andrzej Sapkowski

Ileż można za tym lujem biegać?

Lubiewo bez cenzury - Michał Witkowski

Czytając "Lubiewo" zastanawiałam się, co to miłego chcę o nim napisać, ale potem odkryłam, że jestem dopiero w połowie i mi przeszło. Bo "Lubiewo" jest zwyczajnie za długie.

 

Przede wszystkim, na początku trzeba się w tę książkę wczuć, załapać jej język, realia. I gdy już się zrozumie, o co tu chodzi, zaczyna się czytać z pewną ciekawością nawet, zwłaszcza gdy się zupełnie nie zna tego ciotowego środowiska. Tyle że ta ciekawość zaczyna znikać zanim jeszcze dotrzemy do tytułowej plaży, bo w kółko dzieje się tu to samo – cioty biegają z wywieszonymi językami za chujami, wydzwaniają do siebie, mówią w formie żeńskiej i wymyślają artystyczne przezwiska. Wszystkie są stare, grube i narzekają jak to kiedyś było lepiej. I tak w kółko przez 400 stron, te publiczne szalety, plaże nudystów, wspominki, marudzenia, luje z wojska i luje w parkach.

 

Zresztą ta część marudząco-wspominkowa okazała się najciekawsza. Taki typowo polski klimat "a kiedyś do było lepiej", tęsknota za tym, co już nie powróci, wymieszana z czasami złotej młodości bohaterów: bo każdemu się wakacje zakładowe należały, krem był jeden, ale dobry, można całe życie w szatni pracować i mieć spokój, kawka, herbatka, gatki-szmatki. No i luja łatwiej było złapać, nie wspominając o barakach radzieckiego wojska… a teraz to tylko zgniły zachód, konsumpcjonizm, geje-aktywiści, wykolczykowani, wytatuowani, ogoleni. Nie ma już ani prawdziwych ciot, ani nawet porządnych mężczyzn, męskich bez kosmetyków i siłowni. 

 

I o ile nostalgiczne wspomnienie PRL-u doskonale wpisuje się w mit epoki, która bezpowrotnie odeszła, o tyle jak irytujące jest to narzekanie na współczesność plus to przekonanie, że "my" jesteśmy lepsi od "nich" i mamy monopol na prawdę. Uch. Ale najgorsza jest powtarzalność. W zasadzie wystarczyłoby wybrać parę co ciekawszych rozdziałów, najlepiej prezentujących środowisko, parę znaczących historii osobistych, a resztę wywalić. Tak z 1/4 wystarczyłoby przeczytać, reszta to to samo, to już wiem, to już czytałam, a to co za jakieś androny? Ileż można, no ileż można.

 

Dlatego gdy dotarłam do ostatniej strony, odczułam przede wszystkim ulgę, że to już. I zniechęcenie, by czytać "Drwala", który tyle czasu czeka na swoją kolej, ale co jeśli jest tak samo napisany, tak samo mnie wymęczy i w zasadzie w połowie będę wiedzieć już wszystko?

 

PS. Zabawne uczucie mnie naszło, gdy bohaterowie książki wspomnieli o pewnym artykule z "Forum", dokładnie tym, który te jak dobrze liczę 11 lat temu czytałam, w jednym jedynym numerze "Forum", jaki w moim życiu kupiłam. No proszę.

 

PS2. Kurde, aż tak stara nie jestem, ale jak w słowniczku zobaczyłam wytłumaczenie, że "Maryla" pojawiająca się w tekście to "Maryla Rodowicz" to się jednak dziwnie poczułam. Nawet by mi przez myśl nie przeszło, by mogła być jakaś inna Maryla albo że można by tego z kontekstu nie wyciągnąć. 

Uwaga Spoiler!

Kompletne marnotrawstwo pomysłu

Koniec niewinności - Ami Sakurai

WTF. Przysięgam, że ciężki WTF.

 

Czytam sporo złych blogasków. Głównie w postaci analiz na NAKW-ie i PLUS-ie, bo żeby tak na sucho zanurzyć się w opary absurdu zwyczajnie brakuje mi siły. Głównie przez powtarzające się w kółko obrzydliwości, przez gwałty, pedofilie, bardzo złe seksy, a także wyprane z pozytywnych cech, bucowate bohaterki. 

 

I przysięgam, że ta książka jest właśnie takim opkiem. Jest paskudnym opkiem z blogaska na Onecie, tyle że poddanym redakcji, więc nie ma błędów ortograficznych, a gramatyka nie boli. Ale "Koniec niewinności" został napisany przez nastolatkę i to czuć w absolutnie każdym słowie – widać to po wyszukanych (aczkolwiek pozbawionych sensu) metaforach, przeegzaltowaniu, nienawiści i pogardzie głównej bohaterki do wszystkich. Przede wszystkim zaś – po całkowicie niewłaściwym podejściu do trudnych tematów.

 

Oto świat japońskich nastolatków – hotele miłości, imprezy, narkotyki, prostytucja, dziwne fetysze. A z drugiej strony szkoła, nauka na egzaminy. Grupa siedemnastolatków zakłada burdel, w którym prostytuuje się główna bohaterka, Ami. I byłaby to pewnie całkiem dobra powieść o zagubionej nastolatce, gdyby nie fakt, że Ami jest całkowicie pozbawiona sensownej psychiki postaci. Początkowo wszystko wydaje się normalne – dziewczyna uważa swoich klientów za zboczeńców i dziwaków, pogardza nimi. To logiczne, że próbuje się odciąć od tych doświadczeń. Tak samo interesujący na tle rodzinnej historii (o czym za chwilę) wydaje się wątek romansu z bratem, który jest jedyną bliską jej osobą. To w nim odnajduje ciepło, którego brakuje jej w relacjach z chłopakami i klientami.

 

Ale potem robi się dziwnie. Ami zachodzi w ciążę z bratem, następnie pada ofiarą gwałtu zbiorowego, a na koniec uprawia seks z własnym ojcem na cmentarzu. Na szczęście nic się jej złego nie dzieje, gdyż jest zrobiona z kartonu. Momentami jeszcze miewa skoki uczucia względem dziecka, raz pragnąc je chronić, raz nazywając je obcym pasożytem, ale poza tym nic nie jest w stanie zrobić na niej wrażenia. Przez całą powieść pozostaje niesympatyczną, zadzierającą nosa i wypraną z emocji postacią. Być może zbiorowy gwałt i próba morderstwa nie robią na człowieku takiego wrażenia, gdy i tak uważa wszystko za paskudne, brzydkie i godne pożałowania. Ami po prostu brak jakiejkolwiek głębi.

 

Nie chodzi nawet o to, że czytanie o tych wszystkich seksach i gwałtach jest ciężkostrawne. Bardziej martwi mnie, jak zupełnie do niczego nie prowadzi, nie ma żadnych konsekwencji, nie popycha akcji na przód. Zupełnie jakby autorka wrzuciła gwałt, co by czytelnika zaszokować, a chwilę później pognała do kolejnej sensacji. Gdyby wyrwać z książki te kilka stron ze sceną gwałtu, czytelnik nawet by nie zauważył różnicy! Bo nic, co się dalej dzieje, nie ma żadnego związku z tym wydarzeniem. Ale czego się spodziewać, gdy bohaterka ma chcicę zamiast psychiki.

 

Ale najbardziej zabolało mnie coś innego – jak bardzo szkoda wątku rodzinnego tej książki. Jak bardzo mógłby być on fascynujący, jak doskonale mógłby ukazać emocjonalne konflikty, niezaspokojoną potrzebę miłości, nieumiejętność porozumienia się, rozczarowanie życiem. Chętnie przeczytałabym więcej o relacjach między członkami rodziny Ami. Jej matka nigdy nie potrafiła pokochać niepełnosprawnego umysłowo syna, nie radzi sobie też z faktem, że pewne rzeczy w jej życiu nie układają się idealnie. W pogoni za perfekcją rani siebie i wszystkich dokoła, czując tylko narastającą frustrację i rozżalenie. Z kolei ojciec nie potrafi pokochać Ami – bo ta nie jest naprawdę jego dzieckiem. Sama Ami przyjmuje na siebie rolę opiekunki brata, a między rodzeństwem rodzi się romans. Niestety, wszystkie te dramaty zostają potraktowane po macoszemu, ledwo liźnięte. Ponieważ narracja jest pierwszoosobowa, nie dowiemy się wiele o uczuciach i motywach dorosłych, zobaczymy ich tylko z jednej strony. A nawet to nie zostanie zbytnio rozbudowane, bo Ami nienawidzi swoich rodziców tak jak nienawidzi absolutnie wszystkich. Trudno traktować poważnie jej nadęte oburzenie, gdy krytykuje absolutnie każdego na swej drodze, natychmiast negatywnie oceniając, uznając własną wyższość. Tylko z bratem czuje więź, tylko z nim jest szczęśliwa. Są takie momenty w tej książce, gdy rozmyślania Ami w końcu nabierają trochę sensu, gdy nie są tak krótkowzroczne i infantylne – gdy myśli o relacji z bratem i gdy zdaje sobie w pełni sprawę z jego upośledzenia, z tego, jakie to przed nimi stawia wyzwania. Cóż jednak z tych małych światełek w tunelu, gdy reszta jest niestrawna...

 

Kolejny zmarnowany wątek to kwestia in vitro, w czasach akcji powieści przeprowadzonego nielegalnie. Jakże ciekawy byłby wątek matki Ami, przerażonej myślą, że jej drugie dziecko również może być chore i decydującej się złamać prawo i zawieść własnego męża, byleby tylko mieć samolubną pewność co do zdrowia potomka. Niestety wątek sprowadzony zostaje do angstu głównej bohaterki: "nic dziwnego, że nigdy nie lubiłam ojca, a on mnie nienawidzi! I matki też nienawidzę, śmiała mnie sobie wyhodować jak lalkę!". A przecież Ami poszukująca biologicznego ojca poszukuje swojej tożsamości, sensu w życiu, kogoś, kto wyrwałby ją z piekielnego kręgu. Szuka w końcu dorosłego, który dałby jej oparcie, choć na co dzień brzydzi się wszystkimi dorosłymi. Po raz kolejny jednak – byłoby to dobre w innej książce. W tej zostaje sprowadzone do kłamstw i seksu z własnym ojcem na cmentarzu. Po tej scenie doszłam do wniosku, że brat bohaterki wcale nie ma problemu – to Ami wyraźnie cierpi na jakieś zaburzenie. I nie dam sobie wmówić, że ma to być jakiś obraz współczesnych nastolatków, bo tak zdeprawowanym i wypranym z emocji oraz logiki być nie można. Można za to być postacią ze złego opka.

 

Tyle jest w tej książce zbędnych obrzydliwości, które do niczego nie prowadzą, niczego nie tłumaczą, niczego nie pomagają zrozumieć. Gdyby autorka poczekała te parę lat i napisała tę książkę na nowo, pogłębiła psychologię postaci, spojrzałaby szerzej na poruszane zagadnienia, może rzeczywiście udałoby się jej powiedzieć coś ważnego. A tak nie pozostaje nic, tylko głębokie zniesmaczenie i rozczarowanie. To jest dobra historia, ale przeraźliwie źle napisana.

Co nas nie zabije, to wywoła mieszane uczucia. Krótki tekst o kryminałach i miłości.

Co nas nie zabije - David Lagercrantz

Sięgając po "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", złamałam jedną ze swych czytelniczych zasad – by trzymać się z dala od bestsellerów. Ale Kindla miałam wtedy od niedawna i należało coś na niego wgrać, a e-book był do wygrania w konkursie. 

 

W "Millenium" się zakochałam. W postaciach, w skomplikowanej fabule, w nieznanym mi wcześniej szwedzkim klimacie, w stylu Larssona, szczegółowym i rozwlekłym, dokładnie takim jak lubię. "Millenium" zapoczątkowało moje zainteresowanie skandynawską literaturą (głównie kryminałami), zresztą wybuchła w tym czasie moda na te tytuły. Przeczytałam więc Perssona, Wagnera, Edwardsona, Nessera, Høvsgaarda, Blædel, Läckberg, Rosenfeldta i Hjortha, Nesbø, Åsbrink. W kolejce czeka Renberg. Co ciekawe, najlepsze wrażenie zrobiły na mnie raczej nazwiska spoza "Czarnej Serii", te raczej nie promowane. Arne Dahl z serią o zespole A (wydawanym w e-booku, ze względu na prawa autorskie, od 5 tomu), Gaute Heivoll z "Zanim spłonę", Jan Guillou ze "Złem". Także "Grzech pierworodny w Wilmslow" Lagercrantza wspominam z sympatią. 

 

Ale żadna z tych książek, jak szybko zrozumiałam, nie jest "Millenium". Bo raz, że "Millenium" nazywane jest kryminałem niekoniecznie najtrafniej, a dwa – że to jednak inny kaliber. Historia stworzona przez Larssona, jak i jego styl, są wyjątkowe. Są inne. Wyróżniają się. Czy to znaczy, że Hesser czy Nesbø są źli? Oczywiście, że nie, bo nie o to mi w tym porównaniu chodzi. Chodzi mi o to, że "Co nas nie zabije" nie jest "Millenium" – jest jak wszystko inne. Jest kryminałem z "Czarnej Serii".

 

Pierwsza połowa tej książki niesamowicie mnie rozczarowała, właśnie dlatego, że odniosłam wrażenie, że czytam kolejny skandynawski kryminał. Lubię skandynawskie kryminały. I ten jest całkiem dobry. Zwyczajnie brakuje mu niesamowitości Larssona, co sprawia, że gdyby podmienić postaci, gdyby zrobić z tego zupełnie niezależną historię, prawdopodobnie bardzo by mi się podobała. Lagercrantz nie umęczył mnie tak jak Persson, nie było w nim takich językowych potknięć jak u Edwardsona (choć oczywiście trzeba pamiętać, że część to zapewne kwestia tłumaczenia). Lagercrantz potrafi pisać – stosuje zabieg z prezentowaniem tej samej sceny z punktu widzenia różnych postaci, co może się wydawać sposobem na zwiększenie objętości, ale po namyśle stwierdzam, że jednak mi się ta forma pisania spodobała, pozwalała na przedstawienie różnych perspektyw. Muszę też pochwalić fabułę i zaplecenie intrygi, bo ta rzeczywiście skojarzyła mi się z klimatem Larssona. Jest też dobrze rozplanowana i napisana, więc nie pogubiłam się w trakcie czytania. Ma wszystko, czego można by oczekiwać od tej opowieści – hakerów, mafię, wielkie pieniądze i rodzinne dramaty, a także sprzeciw wobec zła, które dotyka słabych i niewinnych.

 

Bo są takie momenty, gdy trochę ducha "Millenium" wyczuwałam – pojawiły się one w drugiej połowie książki, w rozmowie Blomkvista z Palmgrenem o dzieciństwie Lisbeth, rozmowie Blomkvista z Edem the Nedem, a także na sam koniec, gdy już intryga zostaje podsumowana. Pojawia się też najważniejszy wątek oryginalnej trylogii, mężczyźni nienawidzący kobiet. Zupełnie, jakby Lagercrantz pewniej czuł się wtedy, gdy nie musiał wymyślać własnych elementów, a jedynie odtwarzać dzieło Larssona.

 

Miłość do "Millenium" stawia mnie jednak w trudnej sytuacji. Nie wiem, na ile moje odczucia odnoszą się bezpośrednio do treści "Co nas nie zabije", a na ile są wypadkową sentymentu po lekturze sprzed kilku lat. Zresztą wiele osób narzekało, że to zwykły skok na kasę. Muszę powiedzieć, że po skończonej lekturze obudziła się we mnie obawa, że powstaną także kolejne książki z serii, o czym świadczą pewne napoczęte wątki. Wolałabym, żeby tak się nie stało, bo to jednak nie ten sam poziom opowieści. Sentymenty są mocne, domagają się uszanowania materiału wyjściowego...

 

Z drugiej jednak strony – czy tworzenie historii zależnych nie jest jedną z najpiękniejszych cech kultury? Czy te wszystkie "Rozważne, romantyczne i zombie", parodie i przeróbki, fakt, iż każda książka w Uniwersum Metro 2033 jest napisana przez innego autora, w końcu miliony fanfików do Harry'ego Pottera nie są znakiem prawdziwej miłości do literatury? Tak jest nie tylko z książkami, ale też filmami, serialami, grami. Nieustannie poszukujemy magii kryjącej się w fikcji. Wymyślone światy niezmiennie nas pociągają i pobudzają wyobraźnię. "Co nas nie zabije" nie jest najlepszą książką na świecie. Nie jest też godnym następcą "Millenium". Za to może być skokiem na kasę. Ostatecznie jednak wyrasta z tego samego uczucia co fanarty do "Supernatural" – z fascynacji historiami, które podbiły nasze serca.

 

Gdybym jednak miała coś Lagercrantzowi polecić, to by napisał własną serię. Po tej książce widzę, że potrafiłby to zrobić. A ja chętnie bym ją przeczytała. Może nawet bym ją pokochała.